Nie muszę ciągle mówić, że jestem zajęta.

“A Ty? Czym będziesz zajęta jak wrócimy?” – zapytała mnie jedna z koleżanek. Pamiętam ten dzień bardzo dobrze. Piłyśmy kawę w Wenecji czekając na wodną taksówkę na lotnisko. Świeciło słońce, woda iskrzyła przed nami, a sama kawa była chyba najlepszą kawą jaką piłam. Włochy.

W tych pięknych okolicznościach pięć kobiet licytowało się, która ma więcej do zrobienia po naszym powrocie. Przegrałam tę licytację. Strasznie mi było głupio odpowiedzieć, czym będę zajęta, bo miałam jeszcze 3 dni wolnego.

Czy czułam się z tym dobrze? Nie bardzo. Raczej miałam wyrzuty sumienia. Czułam się bezwartościowa bez opowiadania o ślęczeniu po nocach nad ofertami czy naglących projektach, które bez mojego stałego nadzoru po prostu się zawalą.

A później pomyślałam sobie, że to mój wybór. Że to ja wybieram niebycie przesadnie zajętą. I że dojście do etapu, kiedy umiem pozwolić sobie na odpoczynek, wcale nie było takie łatwe. Bo przecież ciągle trzeba się rozwijać. Trzeba zdobywać kolejne szczyty. Przez ostatnie 13 lat pędziłam tak bez przerwy.

Od tamtego weneckiego przedpołudnia – nie mam już wyrzutów sumienia. Po prostu czasem nie pracuję. Czasem nie muszę być Osą. Mogę założyć te ohydne górskie buty i pójść na spacer, żeby przytulić się do drzewa. To też ja. I, jak mawia moja córka, świat się nie zawali.

Dodaj komentarz