Blog

Kobieta pracująca to ja, czyli jak to się wszystko zaczęło

Osobistą Stylistką zostałam w wieku 22 lat. Szybko? To zależy, jak na to spojrzeć. Mam naturę „kobiety pracującej”. Pracowałam, odkąd tylko mogłam. Najpierw społecznie, później zarobkowo. Przekrój prac, które wykonywałam, jest dość szeroki, ale mam poczucie, że każde z tych zajęć doprowadziło mnie tu, gdzie jestem teraz.

Ale zacznijmy od początku!

Już w 8. klasie podstawówki założyłam Młodzieżową Radę Miasta w moim miasteczku. 

W liceum zostałam Przewodniczącą Młodzieżowego Sejmiku Wojewódzkiego i posłanką na sejm młodzieży w Niemczech. Wtedy udało mi się powołać Rzecznika Praw Ucznia w województwie i zorganizować darmowe korepetycje dla dzieci potrzebujących.

Czasem dorabiałam, sprzedając ubrania na targu (szkoła życia!).

Na studiach (nauki polityczne na UJ) poczułam, że moim powołaniem jest moda, więc zgłosiłam się do szkoły modelek i zaczęłam chodzić w małych pokazach.

Jako redaktor naczelną zatrudnił mnie magazyn o trendach i wylądowałam pierwszy raz w „Wysokich Obcasach”.

Pracowałam jako VM (Visual Merchandiser) w wielkim salonie marki odzieżowej.

Zaczęłam redagować gazetę dla Szkoły Artystycznego Projektowania Ubioru, a później zajmować się także kontaktami z mediami. 

Praca w samorządzie nauczyła mnie odpowiedzialności i wystąpień publicznych. Praca modelki to było moje pierwsze zetknięcie z modą i miłość od pierwszego wejrzenia. Studia (specjalizacja dziennikarska) przygotowały mnie do pisania, chociaż profesorowie spodziewali się raczej tekstów o skomplikowanej sytuacji społeczno-politycznej. 

A to i tak nie wszystko!

Historia powstania OSY, czyli jak rzuciłam pracę

Pewnego dnia postanowiłam, że to będzie mój ostatni pokaz, w którym będę modelką. Zaraz po nim, będąc już w szatni, usłyszałam, że ktoś wola mnie ze sceny. Legenda polskiej mody, pan Jerzy Antkowiak, właśnie wręczał na scenie nagrody dla projektantów. I nagle wtrącił: „Ta modelka, pani Jurczyk, jest taka piękna i z klasą. NIE TAKA CHUDA JAK INNE MODELKI!”. Mogło to zniszczyć moją samoocenę na wieki. Ale w zasadzie potraktowałam to jako komplement i uznałam, że miał rację. Ten zawód nie był dla mnie.

Moja przygoda z VM zakończyła się trochę gorzej. Byłam świetna, ale…pyskata. Proponowałam nowe procedury, nowe rozwiązania, nie zawsze zgadzałam się z kierownikiem. Nie lubił tego. Przed pójściem do pracy zawsze bolał mnie brzuch ze stresu. W końcu — zwolniłam się. Kierownik powiedział wtedy: „Nigdy nie będziesz mogła do nas wrócić!”. Postanowiłam, że to będzie mój życiowy cel. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Niespodziewanie z Londynu wróciła moja przyjaciółka. Przy kawie i ciastku na Starowiślnej w Krakowie opowiedziała mi o zakupach z personal shopper w Harrodsie. Swoją opowieść zakończyła słowami: „Byłabyś w tym świetna!”. Poczułam taką ekscytację, że od razu przetłumaczyłyśmy nazwę na osobista stylistka i połączyliśmy ją w OSA od pierwszych liter. Zadzwoniłam do znajomego programisty i graficzki. Tego samego dnia kupiłam domenę (wtedy loookbook.pl) i zaczęłam pracować nad swoją stroną internetową. Na portalu Activist zmieniłam opis na swój nowy zawód. I tak oto wylądowałam w gazecie pierwszy raz jako OSA. Zaczęło się dziać!

Pierwszy klient

Za ostatnie odłożone pieniądze pojechałam do Londynu na kurs z kobiecych sylwetek, a przy okazji zarejestrowałam się na London Fashion Week jako gość. Dostałam kilka wejściówek na awangardowe pokazy i wróciłam totalnie zainspirowana i z nowymi umiejętnościami. Zaczęłam trenować. Rozpisałam też, jak ma wyglądać moja usługa krok po kroku. (Teraz uczę w www.kursdlastylistek.pl, jak to zrobić).

Pierwszym klientem firmy OSA Osobista Stylistka był mężczyzna. Przyjechał po mnie samochodem na warszawski Ursynów, a ja poprosiłam moją przyjaciółkę, żeby spisała jego numery rejestracyjne (tak na wszelki wypadek). Trochę się denerwowałam pierwszymi zakupami, ale wyszły genialnie, a Piotr nadal jest moim klientem! Na drugi przegląd szafy w życiu jechałam nocnym pociągiem 9 godzin do Koszalina. Wykonałam usługę i wracałam kolejne 9 godzin. Rany! Mam wrażenie, że ja wtedy nie bywałam zmęczona. Prawdopodobnie dlatego, że już wiedziałam, że kocham tę pracę. To bardzo dodaje sił…

Pani Moniko, wymyśliła Pani nowy zawód w Polsce. Zapraszamy do Dzień Dobry TVN!

Chyba nie muszę mówić, jak bardzo się ucieszyłam i zestresowałam jednocześnie, gdy odebrałam taki telefon.

Wiesz, jakie były moje pierwsze słowa na antenie? „Nie wyskakuję z tortu!”

Serio. Wyrwało mi się. Pan Marcin Prokop powiedział coś w stylu: „I tę panią można sobie wynająć”, a ja…no cóż, już wiecie.

Niestety linka do tego nagrania nie mam, ale na Insta Stories wkleiłam link do jednego z moich pierwszych występów w TV. Zapraszam na mój Instagram po więcej kulis ze świata Osy! Nie śmiej się za mocno, proszę. Inną wpadką, też w Dzień Dobry TVN było przewrócenie (na żywo!) wydrukowanego standu przedstawiającego Małgorzatę Kożuchowską. Miałam ubrać modelki jak gwiazdy i wydrukowano mi przykłady. Za mocno gestykulowałam, jak to ja, i uderzyłam w tekturową postać. Podniosłam ją szybko i na wizji powiedziałam „przepraszam Małgosiu”. Moi przyjaciele mieli ubaw jeszcze przez pół roku.

Mimo wszystko okazało się, że telewizja mnie lubi, a ja lubię telewizję. Myślę, że to dlatego, że mówienie o ubraniach nigdy nie sprawiało mi kłopotu. Uważam, że komunikacja to filar pracy osobistej stylistki, dlatego poświęciłam jej cały moduł kursu dla stylistek. W każdym razie żyliśmy z telewizją długo i szczęśliwie. Pojawiałam się w telewizjach śniadaniowych, współprowadziłam program w TLC Polska, byłam gościem „Teleexpressu”, wypowiadałam się w „Faktach”, miałam wejście na żywo w polsatnews.pl, dwa lata, stale, doradzałam w „Pytaniu na Śniadanie”. Uff, dużo tego było. A teraz, z wielką radością, od roku, tworzę kanał OSA Osobista Stylistka na YouTube. I wiecie co? Żałuję, że tak późno zaczęłam.

Sylwetka OSY

Moja córeczka miała roczek, jak wymyśliłam coś, co na stałe zmieniło moją pracę i sposób komunikowania stylizacji. Mój własny system kobiecych kształtów — SYLWETKA OSY. Jak to się stało?

Zostałam zaproszona jako wykładowczyni do panelu dla branży odzieżowej w Polsce podczas pierwszego Polskiego Tygodnia Mody w Łodzi. Przekonywałam na nim, że to właśnie osobista stylizacja najbardziej wpływa na decyzje zakupowe. Postawiłam tezę, że klienci szukają profesjonalnej rady sprzedawcy, a nie tylko kogoś, kto miło im przytakuje. Wykład nosił nazwę „Koniec ery lizusów”.

Po tym wykładzie przedstawiciele dwóch wielkich firm w Polsce zamówili szkolenia dla sprzedawców. Dwie kolejne zaprosiły mnie do swoich salonów, żebym doradzała ich klientkom. Odwiedziłam wtedy 32 salony marki Makalu w wielu zakątkach Polski. Nie prowadziłam jeszcze samochodu, więc logistyka projektu z mojej strony była dość trudna. Miałam malutkie dziecko i za każdym razem wracałam do niego nawet z drugiego końca Polski. Ale to był niesamowity projekt. Pamiętam, że dziewczyny z Makalu bardzo o mnie dbały. W każdym salonie doradzałam 16 umówionym klientkom. Już po pierwszym takim dniu, w pociągu, zaświtała mi pewna myśl: „Zapiszę wszystko, czego się dziś nauczyłam!”. I tak zaczęłam robić notatki o kształtach sylwetek i fasonach, które najlepiej z nimi działały.

Po skończonym projekcie usiadłam i napisałam wnioski. Zobaczyłam system 9 najczęściej powtarzających się sylwetek. Jak je nazwać? Literkami! Przecież literki są neutralne, a każda sylwetka piękna. I tak powstał on. System sylwetek, o którym Wam truję w każdej książce i w każdym filmie na YouTube.

Później, przy kolejnym tak dużym zleceniu sprawdziłam jego trafność. Działał jak złoto. Fasony przypisane sylwetkom zawsze wyglądały na nich świetnie. To właśnie dzięki niemu wpadłam na pomysł, żeby zacząć szkolić stylistki. Miałam swój autorski system. Mam swój autorski system, bo po 10 latach, dopracowany, działa nadal z taką samą skutecznością. To właśnie nauka tego systemu zajmuje ogromne miejsce w moim kursie dla stylistek online. Dzięki niemu kursantki stają się profesjonalistkami.

Bądź boska

Uff, miałam już swój system sylwetek, więc mogłam zacząć szkolić. Miałam taką umowę z samą sobą, że nie będę szkolić na systemach innych stylistów np. Gok Wana czy Trinny Woodall. Uwielbiałam ich, ale chciałam po swojemu i z dostosowaniem do polskiego rynku. Zaczęłam współpracować z różnymi firmami, gdzie prowadziłam warsztaty z wizerunku biznesowego lub warsztaty integracyjne, luźniejsze „Bądź boska”. A jak już był fajny, angażujący program szkoleniowy i historie, które mobilizowały do zajęcia się swoim wyglądem, to już był tylko krok do pierwszej książki. Mojego wielkiego marzenia.

I tak powstała „Bądź boska. Osobista Stylistka radzi”. Najpierw ja napisałam, później zrealizowałam zdjęcia sylwetek. Sesja zdjęciowa mojej mamy (sylwetka S) i babci do rozdziału o modzie na emeryturze to były jedne z bardziej wzruszających momentów w mojej pracy. Mogłam im pokazać, czym się zajmuję, poznały mój zespół. Obie czuły się na planie jak gwiazdy, a ja obserwowałam z radością, jak kwitną. Dopiero kiedy wszystko było gotowe, zaczęłam szukać wydawcy. Jakie było moje szczęście, kiedy otrzymałam wiadomość, że książka się ukaże! Skakałam z radości!

Rok wydania książki i mojego sukcesu (15 tysięcy sprzedanych egzemplarzy) to też rok mojej największej porażki. Rozwodu. Nie było mi łatwo. Ale grałam twardzielkę.

W tym roku książka dostała nowe życie i jest dostępna w formie e-booka na www.personalstylist.pl/sklep. Okazało się, że zasady w niej zawarte nie zestarzały się ani o jotę. I dobrze, bo to znaczy, że zasady, których uczę w kursie dla stylistek, będą aktualne przez lata.

 

Akceptować swoją unikalność

Stylistki zaczęłam szkolić po tym, jak dostałam nagrodę Dobry Wzór od Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Była to dla mnie ważna nagroda (konkurs pod patronatem Ministerstwa Gospodarki). Okazało się, że zostałam doceniona jako projektantka nowatorskiej usługi! Ja!? Nie mogłam w to uwierzyć, ale bardzo się ucieszyłam.

Ta nagroda sprawiła, że wpadłam na pomysł, żeby uczyć innych, jak wygląda ta usługa. Zaczęło pojawiać się więcej osobistych stylistek i super, ponieważ to oznaczało, że jest na nie w Polsce zapotrzebowanie. Nie wszystkie jednak pamiętały, że to klient jest najważniejszy, ale to przecież zdarza się w każdej branży.

W każdym razie ja miałam kolejne marzenie. Chciałam, żeby nasza branża trzymała wysokie standardy. Zaczęłam w 2010 roku od szkoleń grupowych, weekendowych. Okazało się, że program działa świetnie. Cześć dziewczyn zatrudniłam u siebie, część zakładało swoje firmy lub zaczynało pracę w firmach odzieżowych. Szkolenia stacjonarne robiłam chyba przez 3 lata. Ale później, jak wiecie z książki „Styl bardzo osobisty”, bardzo się rozchorowałam. To zmieniło moje podejście do życia, zdrowia i ubierania. Jeszcze długo po chorobie byłam zbyt słaba, żeby pracować w weekendy.

Wtedy też przestałam być stylistką wszystkowiedzącą i narzucającą swoje zdanie. Dopuściłam do siebie myśl, że nie mam prawa oceniać nikogo — jeśli chodzi o styl, ale też wszystko inne. Zaczęłam też pracę nad tym, żeby zaakceptować siebie i moje ciało. Okazało się wtedy, że moje systemy, w tym system sylwetek to tylko wstęp. Poznajesz siebie i zasady, ale później uczysz się akceptować swoją unikalność. I że od tego są stylistki — żeby wspierać innych. Pomagać wydobywać piękno, które jest w każdym. Zabrzmiało górnolotnie, przepraszam. Wracam więc na ziemię.

Szefowa swojej szafy

Można to rozważać w wielu psychologicznych aspektach, ale nie umiem długo cieszyć się sukcesem i spocząć na laurach. Ciągle wymyślam sobie nowe rzeczy i nowe zadania. Tak było i tym razem. Już ciągnęło mnie do napisania kolejnej książki. Naturalnym tematem wydawał się dress code, z kilku powodów:

  • Zaczęłam pracować indywidualnie z kobietami na wysokich stanowiskach w firmach lub właścicielkami firm.
  • Podręczniki do dress code w Polsce były już przestarzałe lub traktowały temat albo od bardzo nudnej, albo od bardzo formalnej strony. Żaden w kobiecie biznesu nie widział… kobiety.

Tak powstała „Szefowa swojej szafy”, a w niej mój system MBI — Master of Business Image. 4 kroki do mistrzostwa wizerunku: sylwetka, kolor, osobowość, wyróżnik stylu. To właśnie w tej publikacji pierwszy raz opisałam, że naszą osobowość i styl pracy można wyczytać z ubrania. I to na podstawie tego systemu nadal uczę i prowadzę szkolenia w największych polskich firmach. Dla mnie dress code nigdy nie był i nie będzie nudny — jeśli znamy siebie, swoje cele i mamy odwagę wprowadzać drobne zmiany.

Wskocz, a będzie superfajnie!

Już byłam po wydaniu dwóch książek w znanych wydawnictwach, gdy po raz kolejny się rozchorowałam. Tym razem już nie tak poważnie, ale trafiłam na stół operacyjny. Endometrioza. Dlaczego o tym piszę opowiadając historię mojej firmy? Bo wtedy naprawdę wiele się we mnie zmieniło. Spadło wiele masek. Ale przede wszystkim zorientowałam się, że wcale nie lubiłam swojego ciała! Wcale nie byłam boska, choć próbowałam to wszystkim wmówić. Dotarło do mnie, że dopiero zaczyna się moja podróż z samoakceptacją. Dotarło do mnie, że dopóki jestem zdrowa, a ciało czuje się dobrze, nic innego nie jest ważniejsze. Stad moje podejście, że każda sylwetka, każdy rozmiar są piękne. Bo każde ciało jest mądre i ważne.

Opowiedziałam o tym na jednym z ważniejszych wystąpień w moim życiu TEDxKazimierz (znajdziesz je na YouTube wpisując „Jurczyk TEDx”). Bardzo się przed nim stresowałam i długo przygotowywałam, bo to było moje pierwsze wystąpienie bez „maski” stylistki. Wiesz, co wtedy powiedziała mi moja 7-letnia córka?

„Nie bój się mamo. To jest tak, jak ze mną na basenie. Jak stoję i patrzę na tę zimną wodę, to się denerwuję. Ale jak już wskoczę, to jest superfajnie!”.

Stylistką być

Ok, to było duże przeżycie, zobaczyć siebie na ogromnym billboardzie w centrum Warszawy. A jak widziałam swój wizerunek na autobusach, to czułam się jak Carrie z filmu „Seks w wielkim mieście”. Byłam dumna. Dumna, bo naście lat temu wymyśliłam sobie zawód i jego nazwę. I teraz patrzyłam na tę nazwę wypisaną moją ręką w ogromnej skali. W 2018 r. byłam twarzą Złotych Tarasów, które chciały mieć najlepsze usługi personal shoppingu w Polsce i wybrały mnie do tego. Faktycznie, do centrum udało się przyciągnąć bardzo wielu klientów, a akcja odbiła się szerokim echem. Ja i moje dwie stylistki dałyśmy z siebie wszystko. Jedna z nich, wyszkolona przeze mnie, wybrała taką drogę zawodową i już tam została jako stylistka centrum.

Bo jak jesteś stylistką, to wcale nie musisz od razu zakładać swojej firmy i pracować samodzielnie. Możesz zdobyć etat w galerii handlowej, sklepie internetowym, otworzyć swoją markę odzieżową lub butik. Możliwości jest naprawdę bardzo dużo.

plus size jak dobierać ubrania

Styl bardzo osobisty

Trzecia książka „Styl bardzo osobisty” kazała mi dłużej na siebie czekać. Długo uważałam, że nie mam już nic nowego do powiedzenia. Aż w końcu przyszedł przebłysk i wiedziałam, że ta książka to będzie przełom. Dla mnie. Później okazało się, że często to przełom również dla Was.

Postanowiłam napisać książkę o stylu, ale opowiadając przy tym więcej historii — moich i moich klientek. Chciałam, żeby pomagała tym, które chcą popracować nad stylem, ale nic nie nakazywała. Dlatego przez książkę przewija się cały czas zadanie: „Możesz być, jaka chcesz!”, a pierwsze trzy rozdziały to również ćwiczenia odkrywania siebie i samoakceptacji. Bo jak nie lubisz siebie — nawet w sukience Dior nie będziesz czuła się dobrze. Dostaję od Was wiadomości, że płakałyście, robiąc ćwiczenia, ale teraz już jest lepiej; że zrobiłyście sobie mapę stylu; że wreszcie przestałyście słuchać stylistów, a zaczęłyście słuchać siebie. Teraz książkę czytają również przyszłe stylistki.

Moc kobiecego wsparcia

Książkę „Styl bardzo osobisty” wydałam sama. Proces wydawniczy okazał się bardziej skomplikowany, czaso- i kosztochłonny, niż się spodziewałam. Ale dopięłam swego. Miałam 5 tysięcy książek w magazynie. I dotarło do mnie, że pisanie i wydawanie tak mocno mnie pochłonęły, że nie zrobiłam planu na to, co z książkami stanie się potem.

Wtedy w mojej skrzynce pojawił się e-mail od Pani Swojego Czasu. Nie znałyśmy się jeszcze. Byłam jej cichą obserwatorką, ale jak ogłosiła na swoim Insta Stories, że będzie prowadzić mastermind wysłałam jej wiadomość, że to genialny pomysł. A w e-mailu zwrotnym otrzymałam zaproszenie do jej pierwszego mastermindu! W samą porę!

Jak Ola usłyszała, że mam 5 tysięcy książek i nic nigdy nie sprzedawałam w Internecie, była — mówiąc delikatnie — zdziwiona. Ale razem z pozostałymi dziewczynami (niesamowite babki) z mastermindu: Moniką Ciesielską (drlifestylepl), Marzeną Fenert (kreatywnewrota) i Pauliną Szczepańską (paulinaszczepanskapl) pracowałyśmy dzielnie. Mastermind to taka grupa, która spotyka się regularnie, dzieli doświadczeniami z prowadzenia firmy i pomaga wyciągać wnioski, dzięki chłodnemu spojrzeniu. Nigdy, naprawdę nigdy, nie nauczyłam się tak dużo w tak krótkim czasie. Pani Swojego Czasu i dziewczyny otworzyły mi oczy na sprawy, o których nie miałam pojęcia. Nauczyłam się, że mimo iż moja marka jest bardzo mocna offline, to w Internecie nie do końca, bo nigdy temu medium nie poświęcałam czasu. Dowiedziałam się, że ważne jest codzienne komunikowanie swoich wartości, tak, żeby mieć wokół siebie społeczność z podobnymi wartościami. No i przede wszystkim — że trzeba mieć na to plan, bo to masa roboty. Książki i podcasty Oli bardzo w tym poukładaniu wszystkiego pomagają.


To właśnie Pani Swojego Czasu była wielką orędowniczką pomysłu zrobienia dla Was kursu online dla osobistych stylistek. To właśnie ona zainspirowała mnie do tego, żeby wpisać to zadanie do kalendarza i zrealizować (szczegóły na www.kursdlastylistek.pl). Nasz mastermind, już bez Oli, nadal trwa, a ja jestem niezmiernie wdzięczna za tę grupę wsparcia. I nie dajcie sobie wmówić, że kobiety się nie wspierają. Mądre kobiety, dobre kobiety wspierają. Mam na to dowody. Dziękuję.

Witamy na YouTube!

8 lat temu miałam warsztat marketingowy dotyczący mojej firmy. Zmieniałam stronę internetową, więc pewne wytyczne były potrzebne. W biznesowym kursie online zdradzam takie podstawy i decyzje do podjęcia przed stworzeniem swojej strony internetowej. Jeden z doradców na spotkaniu rzucił: „Musisz zacząć nagrywać video. Masz piękny głos, ładnie mówisz, dziel się wiedzą”. Niestety ja byłam uparta — „YouTube jest dla nastolatków, nie ma tam moich klientów, nie mam na to czasu”.

Po kilku latach pojawił się Michał w moim życiu i zaczął mówić to samo. Średnio codziennie przez rok. Aż w końcu kupił sprzęt i powiedział: „Pomogę Ci, spróbujmy!”. I tak od roku niedzielne poranki to dla nas najpierw publikacja odcinka, a dopiero później wspólne śniadanie. 

Kolejną osobą, która bardzo dodała mi odwagi oraz zaprosiła mnie do swojego odcinka, jest Radzka (Kochana, dziękuję!). To kolejny przykład kobiety, która wspiera inne kobiety. Czy miałam obawy? Oczywiście!

Bałam się, że negatywne komentarze mnie wykończą. Ale okazało się, że nie taki Internet straszny, jak go malują. Na 100 komentarzy dwa są zwykle niemiłe. Nauczyłam się, że jak robisz coś po swojemu, to zawsze znajdzie się ktoś, komu się to nie podoba. Zwykle to nie jest ktoś, kto sam robi filmy, bo wiedziałby, jak trudno jest zrobić wszystko idealnie.

Bałam się, że stracę czas, a nikt nie będzie tego oglądał. Przecież jest tyle youtuberek. Ale okazało się, że każda z nas ma swój unikalny głos, każda z nas jest inna, ważna i inaczej trafia do odbiorców. Po drugie, czas i tak upłynie. Lepiej „stracić” go na rozwój niż spoczywanie na laurach.

Bałam się, że nie znajdę czasu. Jednak okazało się, że sprawia mi to dużą przyjemność i szybko stało się priorytetem wśród zadań.

Wiesz, że wszystkie powyższe punkty możesz odnieść do siebie? Jaki projekt Ty odkładasz?

To dopiero początek!

Czy spodobała Ci się moja historia? Chciałam Ci pokazać, ile małych i dużych decyzji doprowadziło mnie do miejsca, w którym jestem teraz. Kurs online rozwijał się ze mną przez ostatnie 10 lat, czyli odkąd zaczęłam szkolić stylistki. Ja, zaczynając 15 lat temu, miałam takie same obawy, jakie Ty masz teraz.

Ale głęboko wierzę, że trzeba próbować; że trzeba zrobić pierwszy krok i jak okaże się, że to jest to, w czym się spełniasz — trzeba nad tym pracować, trzeba to rozwijać. W jakim miejscu jestem teraz? Wdzięczności za to, że mam pracę, którą uwielbiam. Ciągłej nauki, bo minimum godzinę dziennie uczę się czegoś nowego (wiesz, że uczyłam się z kursu online, jak się robi webinary?). I wiary. Bo ja wierzę, że te 15 lat to był dopiero, trochę przydługi, początek.

 

 

 

 

0
    0
    Twój koszyk
    Twój koszyk jest pustyWróć do sklepu